Wypisz imiona bohaterek opowiadania. Zapisz w tabelce, jakie zmiany zaszły w życiu „panien z Wilka” przez 15 lat. Sformułuj wniosek. 5. Poszukaj w opowiadaniu Na dobrą sprawę pomysł ekranizacji Panien z Wilka powstał niedługo po Brzezinie” 3. Scenariusz został napisany w roku 1978 przez Zbigniewa Kamińskiego 4 . Lektura liczącego ponad siedemdziesiąt stron maszynopisu tekstu pozwala zauważyć, że scenariusz bardzo różnił się w wielu szczegółach od przyszłego filmu. Klimaty polskie szczególnie mocno odczuwalne są w warstwie zmysłowej: brzezina, zapach tataraku, a każdy kadr z „Panien z Wilka” to jakby obraz Malczewskiego. Krystyna Janda w jednej ze scen „Tatarku” czyta fragment z Iwaszkiewicza: „Kiedy się takie pasmo tataraku rozetrze, kiedy się włoży nos w bruzdę, wyłożoną jak gdyby bohaterka "Panien z Wilka" ★★★ HELA: postać z "Panien z Wilka" ★★★★★ JAMA: nora wilka ★★★ KIEŁ: niejeden w pysku wilka ★★★ KOJA: łóżko wilka morskiego ★★★ OCZY: lampy wilka ★★★ TROP: ślad łapy wilka ★★★ KOJOT: kuzyn wilka, z prerii ★★★ MORDA: pysk wilka ★★★ SPICA: Kłos Panny – Jak by Tim Burton wziął się za przeróbkę Wajdowskich „Panien z Wilka”. – Czyli ostry hard-core? – Czyli otwarta, ekstatyczna nostalgia za utraconym niesamowitym. (Z wywiadu z Justyną Bargielską1) Motto wskazuje na cel poniższego szkicu, którym jest niesamowite w poezji Justyny Bargielskiej. autor "Panien z Wilka". Panna. jedna z Wilka. tunia. postać z utworu "Panny z Wilka". KAZIA. najbrzydsza z sióstr z Wilka (z utworu Iwaszkiewicza) Iwaszkiewicz. wg jego opracowań literackich zrealizowano filmy: "Brzezina", "Kochankowie z Marony", "Matka Joanna od Aniołów", "Panny z Wilka". Niewątpliwie ważny jest też motyw przyrody w każdym z tych tekstów. I w "Pannach z Wilka", i w "Brzezinie" mamy do czynienia z pewną sakralizacją wsi, miejsca, które jest oazą spokoju, niszy, w której człowiek potrafi odkryć, co jest dla niego najlepsze, jaka drogą powinien podążać. Kazia – najmniej atrakcyjna z sióstr. Pracowita i gospodarna. Zawsze poważna i pozbawiona złudzeń. Często rozmawia z Wiktorem. W jednej z rozmów wyznaje mu, że kiedyś się w nim kochała, ale to uczucie minęło bez śladu. Wiktor nigdy nie zauważył tamtego młodzieńczego uczucia. Kazia jest rozwiedziona. Sama wychowuje syna. W obecności Lecha i Danuty Wałęsów odbyła się uroczysta premiera rekonstrukcji cyfrowej „Panien z Wilka”, arcydzieła Andrzeja Wajdy nominowanego do Oscara w kategorii „Najlepszy film nieanglojęzyczny”. Wiktor Ruben przyjeżdża do wujostwa na wieś, gdzie w pobliskim dworku, w gronie kilku panien, spędził młodzieńcze lata. Panny z Wilka < > The Voice of Nwzk5. Czy lubicie wracać do już przeczytanych książek? A może uważacie, że nie ma sensu poświęcać czasu historiom już znanym, skoro na półkach czeka tyle nowych pozycji i potencjalnych literackich przyjaźni? Ja uwielbiam czytelnicze powroty – zawsze można wyciągnąć coś nowego z ponownej lektury. Ostatnio po raz kolejny sięgnąłem po „Panny z Wilka”. Cóż za paradoks! Panny z Wilka (opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza z 1932 roku) czytałem po raz pierwszy jako nastolatek. Byłem pełen oczekiwań, a tymczasem spotkało mnie rozczarowanie. Historia Wiktora Rubena i sześciu sióstr wydawała mi się powierzchowna i nieciekawa. Kiedy wróciłem do tego opowiadania po paru latach, natychmiast się zachwyciłem. Jarosław Iwaszkiewicz stał się dla mnie jednym z najważniejszych, najbardziej fascynujących pisarzy. Teraz regularnie co kilka lat powtarzam sobie Panny z Wilka. Kilka dni temu znów – razem z Wiktorem Rubenem – wybrałem się w tę podróż. „Wojna już dawno minęła” – to jedno z najsłynniejszych pierwszych zdań w literaturze polskiej. Tak rozpoczyna się dla Wiktora Rubena nieoczekiwana podróż w przeszłość – bardzo proustowska w charakterze, bo też bohater chce odnaleźć stracony czas, a także uporać się z żałobą po nagłej śmierci jedynego przyjaciela. Wiktor wyjeżdża do wujostwa. „Tym sposobem znalazł się w podróży. Dawno już myślał, aby odwiedzić te strony, ale to były takie westchnienia, jak postanowienia dalekich podróży, które robimy patrząc na piękne fotografie, wystawione w oknach magazynów. Nie, nie myślał nigdy o tamtych czasach ani o realizacji tego; nie spotkał nikogo, nikogo od owych wakacyj, i nie wiedział nic o miejscu, do którego teraz szedł”. Pierwsze kroki jednak kieruje nie do wujostwa, a do pobliskiego Wilka, gdzie piętnaście lat wcześniej przeżywał pierwsze doświadczenia miłosne. Najęto go wówczas jako korepetytora dla jednej z tytułowych panien. I teraz – na początku tej drogi w miniony czas – Wiktor myśli właśnie o nich, o tym, jak zmieniło je życie, mijające lata. Kazia, Julcia, Jola – co się z nimi stało? Co z Felą, którą dawniej uważał za „coś zaledwie starszego od Zosi”. Co z Zosią – dawną nieposłuszną uczennicą – i całkiem małą Tunią? Pamiętam, że przy pierwszych czytaniach opowiadania Iwaszkiewicza Wilko było dla mnie rodzajem arkadii – podobnie jak Nawłoć czy Korczyn. Chciało się wejść do tego świata. Czas tu zaledwie płynął, a nie pędził wśród równie niespiesznych rozrywek, posiłków, obiadów, wśród spacerów, lektur i muzyki. Wydawało się, że to miejsce zagubione, odseparowane od rzeczywistości, trochę baśniowe. Trochę jakby człowiek znalazł się wewnątrz plastra miodu. Nic dziwnego, że Wiktor był jakby odurzony tą atmosferą, a trzeźwość umysłu odzyskiwał dopiero na zewnątrz, zwłaszcza w należących do wujostwa, nieimponujących Rożkach. Dziś, czytając Panny z Wilka, widzę w tym miejscu – i całym tekście – grozę. Jeśli to baśń, to mroczna, choć rozświetlona letnim słońcem, to niepozbawiona cieni. Choć to opowiadanie z gruntu realistyczne, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że trafiłem do niepokojącego snu, w którym to, co znane, przepoczwarza się. Jest coś strasznego w początku tej sceny, w której Wiktor po raz pierwszy wchodzi do Wilka i wszystko się spełnia tak, jak to przewidział. Zostaje wciągnięty przez te kobiety, które przywodzą trochę na myśl syreny z Odysei, kuszące i niebezpieczne: „Zobaczył tylko, że meble w przedpokoju były inne, ale nie myślał nad tym, bo w głębi za przedpokojem słychać było głośne rozmowy. Dużo kobiet mówiło razem, krzyczały także dzieci. Głosy były tak łudząco podobne do tych, jakie słychiwał tu dawniej, że przekonany był, iż za chwilę zjawi się w progu malutka Tunia i zawoła: »Pan Wiktor przyjechał!« I rzeczywiście, ktoś odsunął krzesło ze śmiechem, wstał i wpadł do przedpokoju. Wiktor zobaczył w progu młodą i bardzo ładną osobę w jasnej sukni. Stanęła nieruchomo i popatrzyła na niego pytająco. Wiktor skłonił się tylko i nie wiedział, co ma powiedzieć. Panna czekała. – Pan do pana Kaweckiego? – spytała niskim, ciepłym głosem. – Ja – powiedział Wiktor i uśmiechnął się. Dziewczyna poznała go po tym uśmiechu. Krzyknęła głośno słowa sakramentalne: – Jezus Maria! Pan Wiktor przyjechał! Pociągnęła go za rękę w głąb, do sąsiedniego pokoju, gdzie paliła się już lampa, mimo że na dworze było jasno. Tam otoczyło go mnóstwo kobiecych ramion, nagich i ciepłych, ktoś go nawet pocałował. Wołano: »Gdzie mama? gdzie mama? Mamo, Wiktor przyjechał!« Ale mama, jak zwykle, nie zjawiała się i zresztą nawet nie wiadomo, czy pamiętała, kto to jest Wiktor. Co innego »panienki«, pamiętały go doskonale”. Tak, jest coś straszno-baśniowego w tej scenie. Powstaje takie złudzenie, jakby siostry z Wilka przez te piętnaście lat nie ruszały się poza granice rodzinnego dworku i tylko czekały – poddane biegowi upływającego czasu – aż Wiktor znowu się zjawi i stanie się nie tylko legendą, ale i realną częścią ich życia. Tak, on działał, walczył na froncie, zarządzał Stokrocią, zaliczał wzloty i upadki, a one snuły się po Wilku. Wreszcie dopełnia się przeznaczenie – on wraca. Nagle czas się zatrzymuje, on nie jest rozgoryczonym, zamkniętym w sobie mężczyzną, noszącym bagaż codziennych trudów. Na powrót czuje się młody, tak jak i te kobiety – niby już nie żony, nie matki, lecz znów panny („Wszystkim ubyło tych lat piętnaście i każdy był z tego zadowolony”). Można powiedzieć, że rozgrywa się tu miłosna tragikomedia (wyobraźmy sobie cudzysłów okalający to pojęcie) – kolejne siostry robią podchody, Wiktor spekuluje, jest pełen wiary w to, że może odzyskać młodość, zyskać miłość, dostać to, co w życiu mu umknęło („Otóż jemu się wydało, że on także przezwyciężył, przeskoczył czas i potrafił go zawrócić. Że stoi teraz tam, gdzie był przed piętnastu laty, i że teraz może wybrać!”). Oczywiście, Iwaszkiewicz mógł iść w typowo romansowo-obyczajową konwencję, ale wątpię, czy wówczas otrzymalibyśmy jedno z najwspanialszych opowiadań w naszej rodzimej literaturze. To coś więcej niż miłosna tragikomedia. To opowieść o konfrontacji z przeszłością, o czasie, który wszystko zmienia, wiele wyjaśnia. Tamten Wiktor sprzed piętnastu lat nie widział, jakie uczucia wzbudzał w siostrach – zbyt był na to niedojrzały, zbyt mało miał obycia. Czy jednak tę samą grę można podjąć raz jeszcze, bardziej świadomie? Ta sielanka Wilka jest tylko pozorna. Tak, więcej tu cienia niż słońca. Julcia – obiekt dawnych młodzieńczych westchnień Wiktora – zmieniła się w obcą, banalną i pospolitą kobietę. Kazia przegrała swoje życie, próbuje mu nadać sens, angażując się w obowiązki domowe. Jola stara się zapełnić nieokreśloną pustkę swego życia, otaczając się kochankami. Zosia – inteligentna i cyniczna – uderza Wiktora prawdą prosto w oczy (to ona powie, widząc, jak ten miota się wśród kobiet Wilka: „ jak dawniej boisz się decyzji, boisz się wszystkiego, nawet samego siebie”). Nad wszystkim unosi się duch przedwcześnie zmarłej, pokonanej przez hiszpankę Feli, teraz idealizowanej przez Wiktora i zapomnianej przez siostry. Zdumiewające, ile tu „trupiości” – patrząc na piękną Jolę i świeżą, zgrabną Tunię, Wiktor dostrzega nieubłaganie nadchodzącą starość. Znamienny jest także sen, w którym bohater dostrzega ciało zabitego żołnierza („ale nie sprawiło mu to żadnej przykrości. Przeciwnie, trup ten wydzielał przyjemne ciepło, które go łechtało erotycznie, zresztą po chwili łachmany jego opadły, zlały się w jedno z poduszką pod głową, z poduszką na głowie, a on, Wiktor, znowu stanowił jedno z tym ciałem, które leżało wzdłuż niego, i znowu się oddzielał od niego nieprzeniknioną przepaścią męczącej osobności, i wszystko razem, męka i radość, duszność i osobność, stanowiło tylko formy erotycznego podniecenia, kształty męczącego snu”). Wrócę do tego – jest w tej opowieści jakaś groza. Wiktor wydaje się osaczony przez kobiety. One zdają się bardziej świadome, może bezwzględne. Jest w nich – jak i w całym Wilku – coś potwornego (Kazia, być może najtrzeźwiejsza, powie „tutaj owce zjadają wilki”). Siostry są żarłoczne, mają apetyt i Iwaszkiewicz zdaje się to podkreślać. Julcia z teraźniejszości jest opisana jako „gruba, ciepła, dobrze ubrana dama, bardzo korpulentna”, Zosia podobnie („zobaczył znowuż Zosię leżącą na kozetce, sytą i białą, pomyślał, że i ta też była skłonna do otyłości”). Jola przedstawiona jest jako łakomczuch – i ma to odniesienie w jej licznych przygodach seksualnych. Tymczasem Kazia, odosobniona w kuchni, przy pomocy ostrych narzędzi nakłuwa i wybiera owoce ze słoiczków. Jest w Pannach z Wilka sporo pożądania, miłości odmienianej przez wszystkie przypadki, są też sceny erotyczne – jedne z najpiękniejszych w literaturze polskiej – ale czy Wiktor zostanie w Wilku? Czy zwiąże się, z którąś z dawnych panien? „Dopiero kiedy przyszedł do swojego pokoju, wieczorem, dosyć nawet późno – stanął przy oknie i patrzył na niebo niebieskie i przejrzyste mimo wieczora, przypomniał sobie, że – to już jutro ma wyjechać, i chwycił go nieopisany, wielki żal. Zdawało mu się przez chwilę, że wszystko rzeczywiste odbyło się wówczas, piętnaście lat temu, a on nic o tym nie wiedział. Tyle starań i wysiłków włożył w następne lata życia, tak wyczerpały go one, i teraz dopiero spostrzega, że były one prochem. Nic mu z nich nie zostało, nawet wspomnienie owoczesnego szczęścia dzisiaj dopiero sobie zdobył. Zobaczył jak na dłoni, że, jak się to mówi w mieszczańskich rodzinach, zmarnował się. Wielki to grzech nie umieć spostrzec własnego szczęścia. I to także jest nieprawdą, że zmarnowały go lata wojny, że zasypały go gradem szarych, niwelujących zdarzeń; nie, to on sam przywołał te zdarzenia, chciał, aby one nad nim zapanowały. Bał się po prostu myśli, że można żyć inaczej, jak przez piętnaście lat opędzał się od myśli, że można pojechać do Wilka. Nie kochał nigdy nikogo, ale nie dlatego, że nie było po temu sposobności, tylko dlatego, że tchórzył”. Być może już wiecie, co zdecydował Wiktor. Być może, tak jak ja, kiedyś czytaliście Panny z Wilka i się nie zachwyciliście, a może wręcz przeciwnie – zachwyt ogarnął was za pierwszym czytaniem. Być może słyszeliście, że według jednej koncepcji pierwowzorami sióstr byli bracia Świerczyńscy, a Wilko ma swój realny odpowiednik – dwór w Byszewach. Być może wiecie, że powstało sporo interpretacji Panien z Wilka ( mitograficzna, feministyczna, egzystencjalistyczna, psychoanalityczna, hermeneutyczna). Być może znacie opowiadanie Iwaszkiewicza tylko z fenomenalnego filmu Wajdy. A być może – to wszystko jeszcze przed wami. Na koniec zadam pytanie – czy wracacie do już przeczytanych książek? A może po latach odczytujecie je na nowo, interpretujecie inaczej, dostrzegacie nowe znaczenia? Podzielcie się tym ze mną. Źródło cytatów: Jarosław Iwaszkiewicz, Brzezina i inne opowiadania, Czytelnik, Warszawa 2006. Źródło grafiki: Zaczyna się jak w oryginale. Wiktor Ruben, odczuwając zmęczenie pracą, a przede wszystkim smutek po śmierci przyjaciela, korzysta z rady lekarza i wyjeżdża na urlop do rodzinnego majątku Wilko, w którym nie był od lat, a z którym wiążą go różne wspomnienia przebywających tam sióstr. U Iwaszkiewicza narracja, prowadzona z punktu widzenia głównego bohatera, służy melancholijnej refleksji o przemijaniu, konfrontacji pamięci o przeszłości ze współczesną rzeczywistością. Kobiety, które przestały być pannami, są dla Wiktora figurami w osobistym rozrachunku z własnym życiem. Tymczasem w scenicznej adaptacji, będącej wspólnym dziełem Agnieszki Glińskiej i Marty Konarzewskiej, siostry z Wilka zyskują niejako swoją autonomię. To one stają się bohaterkami przedstawienia, a spotkanie z Wiktorem pozwala na ujawnienie doświadczeń każdej z nich. Ten zabieg zmienionych relacji widoczny jest w podziale spektaklu na rozdziały-sceny, którym patronują kolejne "panny", zaczynając od najmłodszej Tuni (w tej roli studentka Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie Natalia Kaja Chmielewska). Powtarza się w związku z tym inscenizacja pierwszej wizyty Wiktora w dworku sióstr, choć za każdym razem ma nieco inny przebieg, oddający nastrój bohaterki, która przejmie narrację. Tworzy się w ten sposób wielokrotny portret kobiet. Każda z nich wnosi oczywiście swoją indywidualną charakterystykę. Julcia, grana przez Dorotę Segdę, zachowuje pozór osoby rodzinnie spełnionej, choć pod nim kryje się dojmująca świadomość utraty młodości. Zosia w ujęciu Pauliny Puślednik to zmęczona matka noworodka, w której drzemią jednak pragnienia ciała. Korzysta z nich bez specjalnego skrępowania Jola – w tej roli Ewa Kaim – choć czy w istocie pozostaje szczęśliwa? Wreszcie Kazia – ta, o której mówi się, że jest najbrzydsza, obsadzona przewrotnie przez Annę Radwan, a która wydaje się, że wie o życiu i ludziach więcej. Może dlatego w przedstawieniu dodane jej zostało, że jest pisarką. Te pojedyncze portrety, dodajmy koniecznie, że zniuansowane, wzbogacone o różne szczegóły, które u Iwaszkiewicza są ledwie zaznaczone, tworzą całość tyleż melancholijną, co ironiczną. Tutaj być może autor "Panien z Wilka" byłby najbardziej zaskoczony: ile śmiechu wywołuje przedstawienie w Starym Teatrze. Ale w tym śmiechu nie ma złej intencji karykatury, raczej można wyczuć empatię dla losu bohaterek, czułość i zrozumienie. "Panny z Wilka" w Starym Teatrze w Krakowie A Wiktor? Ciekawym zabiegiem jest rozdzielenie postaci na dwie role aktorskie: Szymon Czacki gra Wiktora młodszego, może tego, który jest wspomnieniem z przeszłości, a Adam Nawojczyk jest Wiktorem przybywającym do Wilka. Mieszają się jednak ich interakcje z "pannami". W jednej ze scen, w której u Iwaszkiewicza mężczyzna wspomina ciało zabitego podczas wojny żołnierza, Glińska symbolicznie pokazuje, że Wiktor w istocie pozostaje ukrytym homoseksualistą. Adaptacja "Panien z Wilka" w Starym Teatrze niesie różne jeszcze niespodzianki dla erudytów. Oto w tekst opowiadania zostają wplecione fragmenty prozy Wirginii Woolf. Poruszający monolog Julci przed lustrem został zaczerpnięty z "Pani Dalloway". Nie wydaje się jednak, by te zapożyczenia były wtrętami obcymi. Podobnie jak piosenki, które siostry śpiewają. W ilustracji muzycznej filmowej wersji "Panien z Wilka" Andrzej Wajda skorzystał z podpowiedzi Stanisława Radwana i użył utworów Karola Szymanowskiego, co było trafne z powodów biograficznych obu artystów. W przedstawieniu Glińskiej "panny" bardzo pięknie wykonują pieśń sobótkową, także znaną piosenkę w przekładzie Agnieszki Osieckiej "Gdzie są kwiaty z tamtych lat", a Ewa Kaim jako Jola przypomina standard "Falling in Love Again", znany z repertuaru Marleny Dietrich. Ścieżkę muzyczną przedstawienia tworzą ponadto swingowe brzmienia, co wszystko razem buduje i klimat czasu, i emocje, choć również dystans do scenicznych działań. W przedstawieniu padają też sygnały, nieobecne właściwie w pierwowzorze literackim, że ta historia rozgrywa się w konkretnym czasie politycznym. Mąż Julci, Kawecki, grany przez Jacka Romanowskiego, jest pocieszną figurą piłsudczyka, faceta niby trzymającego władzę, ale pozostającego poza rzeczywistością kobiet z Wilka. Najnowsza premiera w Starym Teatrze niewątpliwie będzie się podobać. Jest bowiem przedstawieniem pod wieloma względami atrakcyjnym. I na tyle bogatym, że chciałoby się do niego powrócić, by odkryć niuanse, które mogły umknąć po jednokrotnym obejrzeniu. Pierwszy wstał Najwybitniejszy Polski Aktor, następnym widzom trzeba było tylko ułamka chwili. Premiera „Panien z Wilka” w krakowskim Narodowym Starym Teatrze musiała zresztą zakończyć się owacją na stojąco. Są takie przedstawienia, kiedy od pierwszej kwestii wiadomo, że sympatia publiczności jest po stronie artystów, że pójdzie ona za aktorami jak w dym i nie będzie zadawała zbędnych pytań. Tak dzieje się w tym sezonie na krakowskiej narodowej zrozumiała, publiczność wróciła do swojego teatru, a jego aktorzy do pracy. Coś, co miało zdechnąć pod rządami absurdalnie niekompetentnego dyrektora i przy aprobacie władz, odradza się pod kierownictwem złożonej z wybitnych aktorów Starego Rady Artystycznej. Wiadomo bardzo dobrze, że aby zniszczyć ważne miejsce, potrzeba sekundy, za to odbudowa trwa potem latami. Stary Teatr przetrwał, a nie przetrwał na przykład wrocławski Teatr Polski. Prawdopodobnie dlatego, że związani z nim od lat artyści nie poszli na wojnę totalną, przeprowadzili swoją operację inaczej. I wygrali, chociaż sami wiedzą, że ich zwycięstwo gorzki ma smak. Dyrektor utrzymał swe stanowisko, to on zawiera umowy, nawet jeśli w istocie jest samym długopisem. Na premierze go nie widziałem, ale też uporczywie wzrokiem nie szukałem. Stary został odzyskany na prawdopodobnie jedynych możliwych dziś warunkach. Z tego trzeba się cieszyć, dlatego cieszą się aktorzy i widzowie, a ich radość staje się mimowolnie jednym z tematów nowych przedstawień Starego Teatru: tak jest przynajmniej w „Pannach z Wilka”. W gruncie rzeczy to rozumiem. Każda trauma wymaga przepracowania, a zespół Starego Teatru niewątpliwie traumę przeżył. Nie widziałem dotychczas nowego spektaklu Moniki Strzępki „Rok z życia codziennego w Europie Środkowo-Wschodniej”, tę zaległość zapewne niebawem nadrobię. W kolejnej premierze sezonu Remigiusz Brzyk jasno mówił, że wziął się za „Królestwo” Larsa von Triera, aby poprzez słynny krótki serial opowiadać o Starym Teatrze. W pierwszej sekwencji Michał Majnicz zaznaczał, że przyszedł tu do pracy sześć lat temu za poprzedniego dyrektora, przyszedł, bo w tym szpitalu pracują najlepsi lekarze. Wszyscy doskonale wiedzieli, o co chodzi. Role sprzątaczy niemal nieustannie obecnych na scenie grali Anna Dymna i Krzysztof Globisz – zatem wcielona pamięć o Starym Teatrze w dwóch niebywale bliskich sobie osobach. Byli na uboczu, sporadycznie, ze spokojną wyrozumiałością komentowali zdarzenia. Całe przedstawienie Brzyka w pierwszej części uwodziło siłą i błyskotliwością, w drugiej niestety irytowało tracącą impet dramaturgią. Tak czy inaczej, lubię to „Królestwo”. Właśnie za powrót zespołu Starego Teatru i wspólne granie choćby Elżbiety Karkoszki i Magdy Grąziowskiej, za zapanowanie nad chaosem zdarzeń i – przede wszystkim – za wskrzeszenie ducha sceny przy placu Szczepańskim. To już bardzo dużo, może na tym etapie nie można spodziewać się więcej. Pomóż nam tworzyć niezależną prasę. „Panny z Wilka” przynoszą kolejny akt odzyskiwania Starego Teatru. Tym razem mamy w centrum Sceny Kameralnej wybitne aktorki: Dorotę Segdę, Ewę Kaim, Annę Radwan, Paulinę Puślednik, rozbitego na dwóch Wiktora grają Szymon Czacki i Adam Nawojczyk, w epizodach są jeszcze Aldona Grochal i Jacek Romanowski, w tle studenci Akademii Sztuk Teatralnych z obsadzoną w roli Tuni Natalią Kają Chmielewską. To słuszne myślenie, by mając Segdę, Kaim, Radwan i Puślednik, specjalnie dla nich wymyślać spektakle, już ich udział jest w istocie gwarancją sukcesu przedsięwzięcia. I „Panny z Wilka” w inscenizacji Agnieszki Glińskiej w powszechnej opinii sukcesem są. Są też widowiskiem, które – przynajmniej tak się dało odczuć tuż po zakończeniu – jest w stanie pogodzić uczestników teatralnego sporu, co zwykle nie mówią jednym głosem. Doceniam wiele z przedstawienia Glińskiej, a jednak ogólnego aplauzu nie podzielam. To jest oczywiście teatr na wysokim zawodowym poziomie, zapewne trudno mu też zarzucać, że bardzo chce się podobać. No właśnie – może w tym cała rzecz. „Panny z Wilka” w Starym zdały mi się do bólu minoderyjne, zbudowane z efektownych aktorskich solówek, aby każda z gwiazd miała tu swoje pięć minut. Ktoś powie, że panny są razem i nawet kiedy nic nie grają, grają bardzo dużo. Czy na pewno? Agnieszka Glińska wraz ze współautorką adaptacji Martą Konarzewską postanowiła z Wiktora uczynić tylko lustro dla tytułowych bohaterek, zupełnie inaczej niż zrobił to choćby w swoim filmie Andrzej Wajda. W Starym Wiktor młodszy i starszy staje się tylko pretekstem dla ich wspomnień i emocji. Wspomaga je jeszcze Virginia Woolf z „Falami” i „Panią Dalloway”, w których zaczytują się bohaterki. Od Woolf pochodzi mówiony przez Dorotę Segdę monolog o starzeniu się kobiecego ciała, w założeniu jedna z najbardziej przejmujących scen spektaklu. Oczywiście, wybitna aktorka robi wszystko, aby tak było, a jednak siedzę niewzruszony. Może dlatego, że wciąż czuję, iż ktoś programuje moje emocje, a to wywołuje opór. Podobnie, jak wtedy, gdy panny z Wilka tańczą i kiedy śpiewają, choć śpiewają pięknie. Nad całością unosi się swing jak w starych filmach Woody’ego Allena, co zapewne również nie jest przypadkową decyzją. „Panny z Wilka” Glińskiej to może idealny spektakl, dobrze skrojony – lekki i przyjemny, choć w intencjach z głębszymi podtekstami. Im służy wizualny nawias jak z telenoweli, prezentowane w zbliżeniu twarze bohaterek. Temu też zapewne skupienie się na kobietach, przy lekkim zignorowaniu Wiktora Rubena. Tyle że kobiece portrety z przedstawienia w Starym nie elektryzują niczym szczególnym. Dorota Segda powtarza to, co stało się tematem wielu poprzednich jej ról – zachwyt i rozczarowanie kobiecą dojrzałością, Ewa Kaim szaleje, śpiewa i tańczy w znakomitej formie, ale cały czas myślę, że ten popis nie bardzo służy i aktorce, i widowisku; że przydałoby się trochę więcej umiaru. Oczywiście Kaim bierze swoje tour de force w nawias ironii, by nikt nie myślał, że wymknął się z reżyserskiej i aktorskiej kontroli. W ogóle podejrzewam, że aktorki na próbach „Panien z Wilka” rozkwitały, proponując dużo i jeszcze więcej, a reżyser patrzyła z radością i kupowała prawie wszystko, w końcu kto nie byłby szczęśliwy, mając na scenie taką obsadę. Ale może się mylę. Dobrze wypadła celowo neurotyczna Paulina Puślednik, a najlepiej zdystansowana i ironiczna Anna Radwan, bo zagrała mniej niż więcej. Ktoś powiedział po premierze, że ten spektakl ma w sobie prawdziwą energię kobiet. Znowu zapytam – naprawdę? „Panny z Wilka” niewątpliwie przyciągną publiczność, aktorki i aktorzy – to widać – lubią je grać. Mam świadomość, że mój głos malkontenta jest raczej odosobniony. Po prostu wolę chropawe i niedoskonałe „Królestwo” od wycyzelowanych i zaprogramowanych na aplauz „Panien z Wilka”. Może największy problem w tym, że dokładnie takiego przedstawienia się spodziewałem, a nie miałbym nic przeciwko temu, by Stary Teatr na nowo zyskał linię programową uzależnioną nie tylko od potrzeby zapewniania swoim aktorkom i aktorom dobrych ról. To i tak się stanie, one nie znikną. W końcu – jak mówił doktor Majnicza w „Królestwie” – w tym szpitalu pracują najlepsi lekarze. Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: Krzysztof Bieliński, Teatr Stary w Krakowie. Skoro tu jesteś... ...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności. Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców! tutaj możesz dołączyć do grona naszych comiesięcznych Darczyńców tutaj możesz wesprzeć nas na Jacek Wakar krytyk teatralny, w latach 2012–2016 szef działu publicystyki kulturalnej w Programie Drugim Polskiego Radia, felietonista „Kultury Liberalnej”.