Jeżeli którykolwiek z tych dwóch kandydatów wycofa zgodę na kandydowanie, utraci prawo wyborcze lub umrze, w jego miejsce do wyborów w ponownym głosowaniu dopuszcza się kandydata, który otrzymał kolejno największą liczbę głosów w pierwszym głosowaniu. W takim przypadku datę ponownego głosowania odracza się o dalszych 14 dni. 6. Temat i treść najbliższego Dnia Młodzieży stawiają przed nami świadectwo świętego Jana Apostoła, który woła: "Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam" (1 J 4, 16). W związku z tym pragnę przypomnieć wam myśl, którą wyraziłem w mojej pierwszej encyklice: "Człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek Chrześcijaństwo jako nowa religia rozwinęła się na terytorium Cesarstwa Rzymskiego w I wieku n.e. Sama nazwa „chrześcijanie” pojawiła się w 45 roku n.e. w Antiochii. Wiązała się z głoszoną przez uczniów Chrystusa nauką, którą on sam wypowiadał nauczając na terenie Palestyny. Początki chrześcijaństwa przedstawione W Liście do Hebrajczyków – który jest wielkim traktatem o kapłaństwie Chrystusa – znajdujemy następujące słowa: „Pomyślcie, o ileż surowszej kary stanie się winien ten, kto by podeptał Syna Bożego i zbezcześcił krew Przymierza, przez którą został uświęcony, i obelżywie zachował się wobec Ducha łaski” (Hbr 10,29). Tekst poniższy napisałam na podstawie książki Gezy Vermesa: „The Resurrection”. Dla św. Pawła zmartwychwstanie jest kluczową ideą, bez której wiara chrześcijańska byłaby „próżna”, a nauczanie „daremne”. Wiara w Chrystusa niezmartwychwstałego byłaby nieskuteczna w tym sensie, że nie gwarantowałaby zmartwychwstania Angielski dramatopisarz w swojej tragedii pokazuje, że to właśnie kwestia podniesienia ręki na dobrego i sprawiedliwego króla Dunkana, motywowana żądzą władzy, stała się przyczyną upadku prawego rycerza Makbeta. "Makbet". William Shakespeare. Zbrodniarze Wajdy są prostymi ludźmi, pragnącymi jedynie, by wszystko się wreszcie Komentował każdy krok Chrystusa zapisany w Ewangelii. Pragnąc ułatwić Czytelnikom rozważanie wszystkich tajemnic Różańca Świętego, dodajemy jako aneks odpowiednie fragmenty wybrane z pism Założyciela Opus Dei. Ilekroć odmawiamy tajemnice radosne, światła, bolesne bądź chwalebne, jednoczmy się w intencjach z następcą Piotra EmpikPlace (Marketplace) Książka O naśladowaniu Chrystusa autorstwa Kempis a Tomasz, dostępna w Sklepie EMPIK.COM w cenie 13,39 zł. Przeczytaj recenzję O naśladowaniu Chrystusa. Zamów dostawę do dowolnego salonu i zapłać przy odbiorze! pochodzeniu wieka wielu odebrało to jako argumenty przeciwko biblijne W momencie pojawienia się teorii Darwina o opisowi stworzenia, a właściwie jako … dowód, że „Boga nie ma odpowie Biblia się myli". Przeczytaj fragment opisu stworzenia człowieka i na pytania - Rdz 1, 26-32; Rdz 2, 4-25. By dobro ujawniło się jako światło, trzeba się trzymać nadziei i na wszelki wypadek nie przypominać wprost, że w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy Judaszami. [1] Takie wyjaśnienie symboliki wypływających z boku Chrystusa krwi i wody (jako sakramentów Eucharystii i chrztu) podawali m.in. św. Augustyn, św. Jan Chryzostom i św. qyBq. Czy Jezus Chrystus jest współistotny Ojcu, światłością ze światłości, Bogiem prawdziwym z Boga prawdziwego - jak wyznają chrześcijanie od 1700 lat? Czy też przekonanie to jest późniejszym dodatkiem, kulturowym zniekształceniem, pogańskim wypaczeniem pierwotnie czystej, żydowskiej wiary w Jezusa jako proroka, nauczyciela, nawet Mesjasza - jak utrzymuje wielu współczesnych badaczy? Paweł Lisicki przeprowadza rzetelne śledztwo, które ma odpowiedzieć na ten dylemat. Przedstawia prace najbardziej popularnych i wpływowych biblistów - ateistów, Żydów, katolików i protestantów - i konfrontuje je z tekstami starożytnymi. Wczesne świadectwa nie pozostawiają wątpliwości: pierwsi żydowscy uczniowie od początku widzieli w Jezusie z Nazaretu Boga, który zstąpił na ziemię. Paweł Lisicki z chirurgiczną precyzją wykazuje tendencyjność, uproszczenia, podstawowe błędy tych profesorów, którzy uwierzyli, że ich krytyczna misja polega na „uwolnieniu Jezusa od chrześcijaństwa“. Chrystus jako żydowski buntownik - tyle może zaakceptować zaślepiony własną pychą dzisiejszy „rozum historyczny“. Lisicki odsłania, jak rodziła się wiara w boskość Chrystusa. To zasadniczy temat książki. Nie znam ważniejszego. Książka Lisickiego jest odtrutką na zalew pseudonaukowej literatury, która usiłuje zredukować Jezusa do roli jednego z wielu żydowskich nauczycieli. Autor z benedyktyńską pracowitością odsłania pozory racjonalności, za którymi ukrywa się niechęć do chrześcijaństwa. Bronisław Wildstein O autorze: Paweł Lisicki – (ur. 1966) – publicysta, pisarz, redaktor naczelny i współtwórca tygodnika „Do Rzeczy”. W latach 2006 – 2011 redaktor naczelny dziennika „Rzeczpospolita”, założyciel i pierwszy redaktor naczelny tygodnika ,,Uważam Rze ”. W 1998 roku otrzymał Nagrodę im. Andrzeja Kijowskiego za książkę „Doskonałość i nędza”. Autor dramatów „Jazon” (2000) i „Próba” (2005), powieści „Przerwa w pracy” (2009) oraz wstępów krytycznoliterackich do „Boskiej komedii” Danetgo i pism Savonaroli. W latach 2013-2014 wydał książki poświęcone początkom chrześcijaństwa: „Kto zabił Jezusa?” i „Tajemnica Marii Magdaleny”. „Czy Jezus jest Bogiem?” to ostatnia część tej trylogii. W latach 2015-2021 ukazały się: „Dżihad i samozagłada Zachodu”, „Krew na naszych rękach?”, „Poza polityczna poprawnością” i „Luter”, a także „Chrystus jest zawsze nowoczesny”, „Grób Rybaka”, „Dogmat i tiara” oraz „System diabła”. Stały uczestnik radiowych i telewizyjnych programów publicystycznych. Fragment książki „Czy Jezus jest Bogiem? Od judaizmu do chrześcijaństwa”: Wstęp To, że Jezus Chrystus jest „Bogiem z Boga, Światłością ze Światłości, Bogiem prawdziwym z Boga prawdziwego”, stanowi istotę wiary chrześcijańskiej. To wyznanie wiary zostało sformułowane na soborze w Nicei w 325 roku naszej ery. Od chwili śmierci Jezusa z Nazaretu, z małego miasteczka lub wsi w Galilei, minęło wtedy prawie trzysta lat. To dużo. Nic dziwnego, że często, coraz częściej, pojawiają się pytania o wiarygodność tego wyznania i jego związek z historyczną osobą Jezusa. Jezus historyczny, Jezus Żyd, pisał znany badacz Geza Vermes, uznałby pierwsze trzy (wiarę w Boga Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi) i ostatnie dwa wersy chrześcijańskiego credo (wiarę w ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny) za coś oczywistego i choć nie zajmował się teologią, nie miałby problemów z ich akceptacją. Zdumiony byłby jednak do głębi, pisał wielki żydowski uczony, pozostałymi dwudziestoma czterema wersami. Problem polega na tym, że wśród nich pojawia się twierdzenie, że Jezus był Bogiem. Wydaje się, co podkreśla Vermes, że niewiele mają one wspólnego z głoszoną i praktykowaną przez Jezusa religią. „Wszakże doktryny, które proklamują wieczność i boskość Chrystusa, Wcielenie, Odkupienie całej ludzkości dokonane za sprawą Jego Ukrzyżowania, Jego następujące po tym wyniesienie i, nade wszystko, Boska Trójca, Ojciec, Syn i Duch Święty, są podstawą wiary, za architekta której się Go uważa”. W rezultacie chrześcijaństwo jawi się jako niezbyt udane, zbuntowane dziecko judaizmu. „To Chrystus Pawła i Jana, zmierzając ku deifikacji, zaćmił i zaciemnił człowieka z Galilei” – uważa Vermes. W oczywisty sposób wynika z tego, że chrześcijaństwo jest uroszczeniem i nieprawowitym dziedzicem Jezusa, Żyda. Nie zamierzam zajmować się w tym miejscu kwestią teologiczną, a mianowicie sensem i znaczeniem boskości. Nie chcę też badać teologicznych podstaw wiary religijnej. Interesuje mnie historia, a konkretnie pamięć świadków i to, co przekazali. Interesuje mnie proste pytanie: kto i kiedy pierwszy raz zaczął uznawać Jezusa za więcej niż człowieka? Więcej niż człowieka to znaczy więcej niż nauczyciela mądrości, rabina, posłańca niebios, proroka, cudotwórcę, wędrownego kaznodzieję, uzdrowiciela. Więcej niż człowieka to znaczy też więcej niż Mesjasza lub sprawiedliwego Wybawiciela. Znaczy to też więcej niż anioła lub inny byt pośredni między Stwórcą a stworzeniem. Kto pierwszy zaczął myśleć o Jezusie, jakby Ten był Bogiem lub też zaczął Mu przypisywać cechy i atrybuty, które wiązały się z boskością? Ostatecznie odpowiedź na pytanie, czy Jezus z Nazaretu z Galilei jest Bogiem (jak wyznają chrześcijanie), to kwestia wiary. Jednak to, kiedy i gdzie zaczęto tak uważać, może być ustalone przez historię. Można też szukać najbardziej prawdopodobnych przyczyn pojawienia się nowej wiary. Na pierwszy rzut oka ktoś mógłby stwierdzić, że odpowiedź na tak postawione pytanie jest łatwa, wystarczy bowiem sprawdzić, kiedy ktoś nazwał Jezusa Bogiem. Jednak jak to często bywa, najprostsze odpowiedzi nie są najlepsze. Autorzy Nowego Testamentu wyrażali swoją wiarę inaczej niż późniejsi chrześcijanie. Nie definiowali doktryny w wyznaniach, ale przekazywali ją za pośrednictwem interpretacji Pism i opisów samego Jezusa. Dlatego nie jest ważne, a przynajmniej nie jest najważniejsze, kiedy ktoś pierwszy raz wprost nazwał Jezusa Bogiem. Są dwa takie miejsca w księgach Nowego Testamentu, jednak dla niniejszych rozważań właściwie nie mają one znaczenia. Pierwsze z nich to słowa z Listu św. Pawła do Rzymian, w którym pisze on o Chrystusie, Bogu wielbionym na wieki (Rz 9, 5)3 . Jednak przy bliższej analizie okazuje się, że nie sposób powiedzieć, czy określenie „Bóg” odnosi się do Chrystusa, czy też słowo to stanowi podmiot odrębnego zdania po przecinku – starożytni nie używali znaków przestankowych. Drugi przypadek to słynne słowa Tomasza, który na widok zmartwychwstałego Jezusa zawołał: „Pan mój i Bóg mój” (J 20, 28). Jednak pochodzą one z Ewangelii Jana, do której trudno jest odwoływać się w obecnej debacie jako do źródła, bo większość komentatorów, niesłusznie zresztą, neguje jej wartość historyczną. Trzy możliwości Nie, nie ma drogi na skróty i nie da się za pomocą prostych cytatów załatwić kwestii odpowiedzi na pytanie o to, jak Jezus został Bogiem. Sądzę, że są trzy możliwości. Zgodnie z pierwszą stało się tak jeszcze za życia Jezusa. To, co mówił, to, jak mówił, oraz to, co czynił, sprawiło, że już pierwsi uczniowie, odpowiadając na Jego wezwanie, zaczęli w Nim dostrzegać osobę nadludzką, kogoś równego Bogu lub samego Boga. Wiara taka zatem istniała w formie niewyraźnej i niepełnej za życia Jezusa, rozwinęła się zaś i została potwierdzona wskutek spotkania ze Zmartwychwstałym. Po drugie, takie uznanie boskości mogło nastąpić nie za życia Jezusa, ale po Jego śmierci, za sprawą doświadczenia Wielkanocy. To wtedy, spotykając żywego, jak sądzili, Jezusa, uczniowie uznali w Nim kogoś więcej niż człowieka, ostatecznie Boga. Dopiero w tym momencie objawił im swoją boską godność, a oni w odpowiedzi na to zaczęli Go czcić jak Boga. Wreszcie możliwe jest, że owa wiara w to, że Jezus był istotą boską, pojawiła się stosunkowo późno, kiedy większość lub wszyscy uczniowie z Galilei wymarli, również po śmierci apostoła Pawła. Była ona nowością, nieznanym wcześniej rozumieniem osoby Jezusa. Taki pogląd chyba najbardziej lapidarnie wyraził amerykański egzegeta Bart Ehrman: „Chrześcijanie w swej teologii wynieśli Jezusa do sfery boskiej, lecz był on i zawsze pozostał człowiekiem”. Wiara powstała jako efekt swoistego zderzenia pamięci o Zmartwychwstałym, jaką przechowywał pierwszy, głównie żydowski Kościół, i wyobrażeń oraz schematów pogańskich, jakie wnieśli do niego później masowo nawracani Grecy, Rzymianie i inne ludy. Żydzi, uczniowie Jezusa, widzieli w Nim wzniosłą postać, bohatera, proroka, nigdy jednak istotę boską; dopiero ewolucja doktryny i jej hellenizacja doprowadziły do spojrzenia na Jezusa jako na Boga. Możliwe są zatem trzy odpowiedzi na pierwsze pytanie o ciągłość wiary nicejskiej i jej łączność z samym Jezusem. Tylko w pierwszym wypadku można byłoby powiedzieć, że została ona zachowana, w drugim rzecz jest niejasna, w trzecim zaś nie ma wątpliwości: gdyby okazało się, że wiara w boskość Jezusa jest zjawiskiem późniejszym i oderwanym od Niego samego, od tego, kim był za życia, wówczas łatwo dojść do wniosku, że chrześcijaństwo w swej głównej postaci stanowi wypaczenie i zniekształcenie nauk Tego, kogo niesłusznie uznaje za swego założyciela. (…) Więźniowie "przywitali" zabójcę zakatowanej Mai Wszyscy mamy skłonność do magicznego myślenia. Kiedy próbujemy wyjaśnić sens niezrozumiałych zdarzeń, nasz mózg pracuje tak, jakbyśmy oglądali czarodziejskie sztuczki. Koleżanka z agencji reklamowej dostała w prezencie małą szmacianą kukiełkę z rozwichrzonymi włosami. Stwierdziła, że maskotka jest podobna do znienawidzonej szefowej, dlatego postawiła ją na biurku, żeby wbijać w nią pinezki. Nie minęły dwa miesiące, a szefowa ciężko zachorowała. Znajoma zaczęła się obwiniać. "Nie wiedziałam, że to działa" - powtarzała targana wyrzutami sumienia. Kobieta wykształcona, racjonalistka, a uwierzyła w magię. Zupełnie jak uczestnicy eksperymentu z lalką wudu, przeprowadzonego kilka lat temu przez profesora psychologii Daniela Wegnera z Uniwersytetu Harvarda. Część z nich miała udawać szamanów, którzy wbijają szpilki w lalkę w obecności ochotników odgrywających role ofiar. Kiedy po pewnym czasie ci ostatni - na polecenie profesora - zaczęli symulować ból głowy, szamani byli przekonani, że to ich sprawka. Dlaczego uwierzyli w czary? - Wszyscy mamy skłonność do magicznego myślenia - tłumaczy prof. Rafał Ohme, psycholog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. - Jest ono charakterystyczną cechą ludzkiego umysłu i włącza się prawie zawsze, gdy stykamy się z czymś, czego nie rozumiemy i nie umiemy sobie wytłumaczyć - dodaje. W mózgu mamy nawet specjalne obwody odpowiedzialne za magiczne myślenie. Zlokalizował je niedawno przez przypadek dr Ben Parris z University of Exter w Wielkiej Brytanii. Na monitorze funkcjonalnego rezonansu magnetycznego obserwował on aktywność mózgu u osób, które oglądały magiczną sztuczkę. Iluzjonista trzymał monetę między palcami, potem zacisnął dłoń, a kiedy ją otworzył, pieniążek zniknął. Dr Parris zauważył, że podczas oglądania tej sztuczki uruchomiła się u badanych lewa półkula mózgu, te same obszary, które są aktywne, gdy ludzie znajdują się w niepewnej sytuacji albo formułują hipotezy. Stąd wniosek: kiedy próbujemy wyjaśnić sens niezrozumiałych dla nas zdarzeń, mózg pracuje tak samo, jakbyśmy oglądali sztuczki iluzjonistyczne. I działa tak nawet wtedy, gdy ktoś uważa się za racjonalistę. Źródło: Newsweek_redakcja_zrodlo Połączył pisarzy młodszych i starszych i stał się niespodziewanie najpopularniejszym – choć nienowym – bohaterem polskiej literatury. Jego postać ma być przede wszystkim lekiem na powracający polski mesjanizm. Od razu go poznałem. Wyglądał stereotypowo. Tak stereotypowo, że nie ma sensu go opisywać. Dopiero po chwili zauważyłem, że jego twarz – mimo iż przez wieki zdążyła się opatrzyć – jest jakaś taka realna. Sprawiał wrażenie, jakby był mniej więcej w moim wieku” – czytamy w „Masakrze profana” Jarosława Stawireja. Chrystus pojawił się w wydanych w ostatnich miesiącach książkach „Pannie Ferbelin” Stefana Chwina i „Balladynach i romansach” Ignacego Karpowicza oraz w noweli „Jezus na prezydenta” Zbigniewa Masternaka. Za każdym razem gości we współczesnym świecie. Pisarze częściej wybierali dotąd inną formę: powieść-apokryf, woleli napisać swoją wersję Ewangelii lub jej fragmentu, jak w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa. Popularność rozmaitych żywotów Jezusa zapoczątkowała książka filozofa Ernesta Renana z 1863 r., w której pokazał Chrystusa nie jako Boga, ale zwykłego człowieka. Autora nazywano zdrajcą Kościoła i Judaszem, ale też porównywano go do Darwina, a sława tej książki ciągle rosła. Jezus był u Renana „genialnym prostaczkiem”, ukazywał ideał, do którego ludzkość powinna dążyć. Ta książka miała dziesiątki wydań i była ważna zarówno dla chrześcijan, jak i dla sceptyków religijnych. Polskie XX-wieczne żywoty Jezusa pisali Roman Brandstaetter, Ewa Szelburg-Zarembina, Jan Dobraczyński czy Szlomo Asz. W 1973 r. ukazała się popularna powieść „Według Judasza. Apokryf” autorstwa Henryka Panasa, w której Judasz przemawia we własnym imieniu, nie jest też zdrajcą, a po śmierci Jezusa zakłada gminę religijną, głoszącą inną naukę Jezusa. W literaturze światowej roi się od powieści apokryficznych. Najgłośniejsze było oczywiście „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Nicosa Kazantakisa. Z kolei wznowiona właśnie przez wydawnictwo Rebis „Ewangelia według Jezusa Chrystusa” José Saramago, w której pojawia się romans Jezusa i Marii Magdaleny, tak zainspirowała redakcję portugalskiego „Playboya”, że zaryzykowała opublikowanie kontrowersyjnej sesji zdjęciowej, co skończyło się zamknięciem pisma. Norman Mailer w swojej „Ewangelii według Syna” oddał głos Jezusowi, który uważał, że ewangeliści przekręcili jego przesłanie. Była jeszcze „Ewangelia według Piłata” Erica Emmanuela Schmitta, w której Jezus przyznawał się, że nie jest mesjaszem. I „Ewangelia według Judasza” Jeffreya Archera. A ostatnio swoje wersje życia Jezusa opublikowała też specjalistka od wampirów Anne Rice i pisarz fantastyczny Philip Pullman, u którego występują bliźniaki Jezus i Chrystus – jeden dobry, drugi zły. Polscy pisarze postanowili jednak sprowadzić Chrystusa do naszego kraju. Nie tyle chcieli na nowo portretować Boga-człowieka, ile poprzez tę postać opowiedzieć o współczesnej Polsce i katolicyzmie. Chrystus antykościelny Akcja „Panny Ferbelin” Chwina toczy się w Gdańsku gdzieś na przełomie XIX i XX w. W mieście pojawia się Nauczyciel z Neustadt, który uzdrawia nakładając dłonie i naucza gromadząc tłumy. Otwarcie krytykuje Kościół, który zamienił się w wielkie przedsiębiorstwo. „Kościół już dawno przestał być matką wszystkich ludzi. Stoi na straży niesprawiedliwego świata” – mówi. Nauczyciel pracuje w stoczni i domaga się dla robotników pięciogodzinnego dnia pracy. W ten sposób staje się niebezpieczny dla każdej władzy. Chwin pokazuje, że gdyby rzeczywiście Chrystus pojawił się ponownie dzisiaj, zostałby uznany za wroga Kościoła. Taki rodzaj krytyki znajdziemy w polskiej literaturze wcześniej, choćby u Tetmajera w opowieści „O Panu Jezusie i zbójnikach”. Jezus pojawia się na Ziemi nierozpoznany, by przyjrzeć się światu z bliska i zakwestionować niesprawiedliwy porządek utrzymywany przez ludzi w jego imię. U modernistów często postać Chrystusa miała sugerować, że misja chrześcijańska się nie udała, w świecie rządzi zło. Podobnie u Chwina – Kościół zniekształcił przesłanie, natomiast Nauczyciel je odnawia. Jednak zło świata przenika też do jego najbliższego otoczenia – uczniowie boją się, nie są mu wierni, i tylko kobieta, panna Ferbelin, towarzyszy mu w trudnym czasie. Nauczyciel u Chwina nawiązuje także do wizerunku Chrystusa jako buntownika i rewolucjonisty. W poezji początku XX w. Chrystus pojawiał się jako robotnik w czasie rewolucji 1905 r. albo jak u Tuwima wśród złodziei i prostytutek na moście w wierszu „Chrystus miasta”. W „Pannie Ferbelin” przedstawiciele władzy boją się nie na żarty: „On politykę z religią umiejętnie łączy. A jak on jeszcze pójdzie któregoś dnia do gdańskiej stoczni i na gdańskiej bramie obraz Matki Boskiej zawiesi, to on robotników (…) taką siłą natchnie, że będziemy mieli prawdziwe kłopoty”. Nauczyciel w powieści Chwina nosi więc również cechy robotników z 1980 r. Bohater popkultury W „Balladynach i romansach” Karpowicza Chrystus należy do „popkulturalnego” nieba, gdzie zgodnie mieszkają idole zbiorowej wyobraźni i bogowie różnych kultur. Na Ziemi chrześcijańska misja się nie udała, bo ludzie nie stali się lepsi, chcieli tylko zasłużyć na życie wieczne. Jednak schyłek dawnego porządku nie przynosi przemiany na gorsze, przeciwnie, w świecie bez bogów ludzie się mniej mordują. Jezus jest jednym z tych, którzy zamierzają zejść na Ziemię. Najwięcej łączy go z ludźmi, bo rzeczywiście ich kocha. Do tego stopnia, że chciałby odebrać im wizję raju po śmierci, żeby nie kierowali się w życiu strachem przed piekłem czy nadzieją na niebo. I byli naprawdę wolni. Zstępuje więc po to, by nie zmartwychwstać. Bogowie na Ziemi rozmontowują świat tradycyjnych wartości, ale nie roszczą sobie prawa do pouczania ludzi, do głoszenia jedynej prawdy. Tracą swoje przywileje, a za to stają się śmiertelni. Jezus po swoim ponownym zstąpieniu, zamiast walką z Kościołem, zajmuje się działalnością charytatywną sponsorowaną przez bogatą boginię Nike, z którą się związał. W dodatku Polska nie jest tu wcale wyjątkowa, to kraj „z promocji”, niespecjalnie atrakcyjny, w którym panuje „katolicyzm magiczny”, oparty na cudach i zdarzeniach nadprzyrodzonych. U Karpowicza obraz Chrystusa i innych bogów jest sposobem odreagowania mesjańskiego mitu narodu wybranego, mitu, którego powrót obserwujemy w życiu społecznym. Podobną funkcję pełni Jezus u Masternaka. Chrystus do manipulowania „Dlaczego chcesz zostać prezydentem Polski?” – pyta bezdomnego gangster w nowelce Masternaka. Okazuje się, że Jezus założył się z szatanem. „Powiedziałem, że jeszcze w Polsce mnie kochają i żyją według moich nauk sprzed dwóch tysięcy lat”. Szatan namawia go, by startował w wyborach i udowodnił, że tak jest rzeczywiście. Chrystus Masternaka mówi zdaniami wyjętymi z Ewangelii i rzeczywiście zyskuje popularność, jednak natychmiast znany mafioso postanawia na nim zarobić i organizuje mu kampanię prezydencką. Podobnie było w opowiadaniu „Raport Piłata” Janusza Głowackiego z lat 70., utrzymanym w konwencji zeznań świadków. Trwa rewolta w imię Chrystusa, ludzie wychodzą na ulice, biją się z policją. Robotnicy żądają podwyżek, księża zniesienia celibatu, tłumy – legalizacji narkotyków. A Jezus nawołuje do przemocy w imię miłości, ale nie jest wcale przywódcą tej rewolty. Wszyscy chcą go użyć, nawet producenci żarówek wykorzystują go do reklam. Znany wydawca chce zarobić na jego pamiętnikach, a szef policji planuje dzięki niemu przejąć władzę. Zresztą nie wiadomo, kim jest Jezus, pada sugestia, że to morderca, który stara się odkupić swoje winy. Dość, że ta postać u Głowackiego idealnie nadaje się do manipulowania ludźmi. Jezus nie pasuje do tego świata, natomiast łatwo można go wykorzystać w czyimś interesie. W książce Masternaka Jezus też jest bezbronny. Jedyne, co może zrobić, to zginąć ukrzyżowany. Nowelka Masternaka jest satyrą na polskie poczucie wyjątkowej misji. Szkoda, że najsłabszą postacią jest właśnie Chrystus, który nie potrafi powiedzieć nic oprócz cytatów z Biblii. Autor podobno przedstawił ten pomysł na film sławnemu amerykańskiemu reżyserowi Dawidowi Lynchowi, który uznał jednak tę historię za „zbyt polską”. Współcześni pastuszkowie Satyrą jest też debiut Jarosława Stawireja „Masakra profana”. Rzecz zaczyna się brawurowo. Oto przystojnemu i ustawionemu brand menedżerowi w międzynarodowej korporacji ukazuje się Matka Boska. „Nie jestem żadnym niedorozwiniętym pastuszkiem czy kimś w tym rodzaju – mówi bohater. – Dlatego pojawienie się Matki Boskiej w moim apartamencie przyjąłem z pewnym zdziwieniem, by nie rzec – zażenowaniem”. Okazuje się, że został wybrany przez Jezusa, by głosił Słowo Boże. W czasie prezentacji w firmie pojawiają się u niego stygmaty, przestaje być więc wiarygodnym pracownikiem i ląduje na ulicy. Na wszelkie sposoby próbuje wykręcić się z tej misji, uwolnić od stygmatów i cudów, które może czynić. Jest wdzięczny, że wierni w Kościele uznali go za wariata i wysłali do szpitala psychiatrycznego, gdzie mógł być zwykłym świrem, a nie człowiekiem z misją od Chrystusa. Najciekawszy jest sam początek, potem autorowi zabrakło spójnego pomysłu na rozwój akcji. Niezły jest za to portret tego współczesnego przeciętniaka, którego Jezus uznał za „oblicze swojego ludu”. Nowy „pastuszek” to pracownik reklamy, który jest jak najdalszy od wiary, ale na sferze nadprzyrodzonej może przynajmniej zarobić – choćby pisząc swoją autobiografię. Polska u Stawireja to też kraj „katolicyzmu magicznego”, w którym wierni oczekują cudów. Ta groteska również wydaje się reakcją na polską, patetyczną i pełną symboli religijnych rzeczywistość. Nasz doraźny Jezus Jaki jest więc ten nowy Jezus? Przede wszystkim stał się omylny, przestał być nosicielem jedynej prawdy, a jeśli już ją głosi, to z autoironią i dystansem do siebie. Jezus jest znacznie bardziej ludzki niż boski, jest też relatywistą. Nie chce umierać, a czasem woli, żeby za niego umarł ktoś inny, jak u Chwina. U Masternaka zamiast śmierci Jezus wolałby rządzić krajem. I w dodatku Jezus chce być szczęśliwy tu i teraz, tak jak u Chwina, gdzie towarzyszy mu panna Ferbelin, czy u Karpowicza, gdzie sprawiają mu frajdę głupawe gry komputerowe. Współczesny Jezus jest po stronie szczęścia, a nie cierpienia. Zdaje się mówić, że dość już rozpamiętywania mąk i krzyża, i polskiego męczeństwa. A jednak ta optymistyczna wersja Jezusa wydaje się też nieco jednowymiarowa i doraźna. Trochę brakuje innych obrazów Jezusa, które pojawiały się w literaturze, choćby Jezusa takiego jak w wierszu Władysława Broniewskiego „Ballady i romanse”. Tylko Jezus chce pomóc rudej Ryfce krążącej po ruinach, oboje czeka śmierć. „»Słuchaj, Jezu, słuchaj, Ryfka, sie Juden,/za koronę cierniową, za te włosy rude,/za to, żeście nadzy, za to, żeśmy winni,/obojeście umrzeć powinni«./I ozwało się Alleluja w Galilei,/i oboje anieleli po kolei,/potem salwa rozległa się głucha.../»Słuchaj, dzieweczko!...«. Ona nie słucha...”. Nie ma miejsca na tę dwoistość Jezusa, która fascynowała autorów, choćby Mirona Białoszewskiego: „odczułem go wzruszająco jako – nie wchodzę w boskość – ale jako kogoś bardzo subtelnego, najbardziej, chociaż znającego niesubtelności do końca, to ta dojna krowa, ale tak się naznaczyć? tak fruwać? poczuć odpowiedzialność za te wszystkie byty, przejścia, światy, za wszystkich?” („Szumy, zlepy, ciągi”). Kto to opisze? Może w ogóle nie jest to już dziś możliwe? Gombrowicz, który nazywał siebie agnostykiem, w „Dzienniku” notował w 1953 r., że „z katolicyzmem głębokim nietrudno dziś porozumieć się literaturze, albowiem zawiera on tę treść emocjonalną, która i w nas rośnie, gdy spoglądamy na rozwydrzenie świata. Odwrót! Odwrót! Odwrót! Z chwilą, gdy pojmiemy, żeśmy za daleko zabrnęli, gdy zechcemy wycofać się z siebie, genialny Chrystus poda nam rękę”. Z takim Chrystusem dzisiaj trudno jest porozumieć się literaturze. A szkoda.